Było to wiele lat temu...
Wychodziłam z ośrodka i w rejestracji podpisałam, jak
zawsze, wizyty domowe. Było ich pięć. Spojrzałam na zegarek:
20 minut po ósmej. Znowu nie wrócę przed dziesiątą
do domu. Wieczorem chodzenie po Kazimierzu zabiera
wiele czasu.
Sekretarka podała mi kartoteki pacjentów. Była młoda
i uśmiechnięta.
Kiedy wyszłam, dogoniła mnie na schodach:
– Pani doktor, jeszcze jeden pacjent, bardzo prosi!
Miałam obowiązek zrobić dwie wizyty domowe...
Właśnie miałam powiedzieć, że to dzisiaj niemożliwe, gdy
coś w wyglądzie tego człowieka powstrzymało mnie. Zatrzymałam
się.
Miał może pięćdziesiąt lat. Ubrany był czysto i bardzo
biednie, w ręku trzymał czapkę i jakoś nieśmiało powiedział:
– Może pani doktór tylko zapisze penicylinę... dla dziecka.
– Ale dlaczego penicylinę? Czy był pediatra? Dlaczego
pan przychodzi do mnie?
Milczał chwilę, potem powiedział cicho:
– Do tego dziecka nikt nie chce przyjść, bo to jest nieuleczalne,
ono ma zapalenie mózgu...
Wzięłam adres i zapowiedziałam, że zupełnie nie wiem,
o której godzinie, ale przyjdę.
Było już po jedenastej, gdy do nich dobrnęłam. Mieszkali
w służbowej suterenie.
– Żona jest dozorcą – wyjaśnił ten sam człowiek, który
po mnie przyszedł do ośrodka.
Kobieta miała pewnie czterdzieści lat, może więcej,
a może mniej, była ładna. Tak o niej pomyślałam, wychodząc:
Jaka ładna kobieta. Czysta, okrągła i uśmiechnięta.
Mieli jedną izbę i kuchnię. Czysto było bardzo. Na środku
stało dziecięce łóżeczko jakieś dziwne – duże, chociaż
z siatką z obu stron.
Chłopiec, który w nim leżał, miał dwanaście lat, a wyglądał
na pięć.
Kobieta pochyliła się nad nim.
Dziecko było czyste, łóżko bielutkie, na łóżku powieszona
grzechotka i jakieś gumowe zabawki, blisko rączki
dziecka.
Miało dużą gorączkę. Mężczyzna wyjaśniał:
– Nie siedzi nawet i nic nie mówi, nawet zabawki nie
umie wziąć do ręki. Od czasu do czasu ma dużą gorączkę,

wtedy dostaje penicylinę, ale pan doktór powiedział, że
to jest przewlekłe zapalenie mózgu i że jest nieuleczalne
i teraz już nie chce do niego przychodzić.
Dziecko nie reagowało na nic. Sztywno odrzucona
główka i duże, niebieskie oczy, szerokie sztywne źrenice,
nie wiadomo, czy widzące.
Spojrzałam na kobietę, spytałam:
– Zawsze tak było?
– Dawniej trochę gaworzył, teraz nic nie mówi, tylko
płacze, jak ma mokro – odpowiedziała.
Obejrzałam dziecko, ani śladu odparzenia.
Wychodząc, spytałam trochę nieśmiało, czy nie chcieliby
oddać dziecka do zakładu, bo przecież pielęgnacja tak daleko
niedorozwiniętego dziecka jest kłopotliwa.
Popatrzyli na siebie... i ona odezwała się pierwsza:
– Ach nie, nie chcielibyśmy go oddać, wydaje nam się,
że tu ma dobrze...
Spytałam jeszcze, czy nie mają więcej dzieci, czy to
jest pierwsze...
Kobieta spojrzała na mnie z uśmiechem jakimś zaskakującym,
jakby wyrozumiałym... i gdy już żegnałam się
z nimi, powiedziała:
– To nie nasze dziecko, to z frontu wzięliśmy, zupełnie
malutkie.

Fragment pochodzi z najnowszej książki dr Wandy Póltawskiej

Migawki z mojej szuflady

Kilka słów o życiu - dr Wanda Półtawska:

Pozostałe publikacje dr Wandy Półtawskiej: